Trzecia Niedziela Adwentu

Refleksja
Ktoś powiedział, że na pustyni jesteśmy warci tyle, ile nasze bóstwa. Tam wszystko liczy się i mierzy inaczej. Pustynna przestrzeń budzi raczej obawy niż nadzieje, dlatego z reguły idą na nią ludzie, którzy iść muszą: pustynia jest dla nich warunkiem przejścia, a nie celem dojścia. Jak dla Izraelitów był to ważny (nie tylko z topograficznych względów) etap wędrówki do Ziemi Obiecanej, tak dla człowieka zakochanego w Bogu lub poszukującego Boga istotne znaczenie ma doświadczenie specyficznej, adwentowej pustyni. Jednym z tych, których miłość do Boga zaprowadziła na pustynię, był Jan Chrzciciel. Chrystus dał o nim piękne świadectwo, zwracając uwagę, że to właśnie On jest tym, o którym napisano: "Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę". Nieprzypadkowo to przygotowanie dróg nazwano ich prostowaniem. Prostować bowiem, to skrócić drogę do Boga, do drugiego Człowieka, ale także do samego siebie. Mówi się dużo o potrzebie "wejścia w siebie", wyciszenia, kontemplacji. To jest właśnie doświadczenie pustyni. I taki jest cel Adwentu: oddalić się na jakiś czas od świata, od zgiełku, od spraw mało ważnych, by skoncentrować uwagę na tym, co najważniejsze. Dla nas i dla świata. Pewien pustelnik modlił się: "Spraw Panie, aby moje oddalenie się od świata uczyniło ten świat lepszym". W Adwencie chodzi o takie właśnie oddalenie. Organizując sobie "adwentową pustynię", możemy uczynić ten świat lepszym w dwojaki sposób: przez samą modlitwę (której świat potrzebuje jak ziemia deszczu) i przez pracę poprzedzoną modlitwą. Chodzi o to, aby wszystkie nasze działania były przemyślane, sumienne, miały sens oraz swoje odniesienie do Bożych planów i zamiarów. Z takich właśnie powodów na pustynię poszedł Jan Chrzciciel. A z jakich powodów na pustynię ciągnęły tłumy? To pytanie postawił Pan Jezus wysłannikom Jana Chrzciciela: "Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze?... Człowieka w miękkie szaty ubranego?... Po coście wyszli? Proroka zobaczyć?" Oczywiście, pytania te miały charakter retoryczny. Ludzie, którzy szli do Jana na pustynię i przyjmowali z jego rąk chrzest, manifestowali swój podziw dla osoby Jana Chrzciciela i aprobatę dla nauk, które głosił. Treścią tych nauk było wezwanie do nawrócenia oraz zapowiedź rychłego spełnienia obietnic mesjańskich. Trzeba było aż amfiteatru pustyni, by głos Jana stał się wystarczająco donośny. Dzięki jego posłudze w uszach rodaków zaczęły rozbrzmiewać z nową mocą pełne nadziei słowa proroka Izajasza: "Niech się rozweseli pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie!... Oto wasz Bóg... On sam przychodzi, aby was zbawić". I chociaż na ekranie prawie dwutysiącletniej historii Kościoła tak czytelne wydają się oznaki urzeczywistniania się królestwa Bożego na ziemi oraz zbawczej obecności Boga pośród swego ludu, my - "najmniejsi w królestwie niebieskim" - wciąż na nowo przeżywamy swój nowotestamentalny już adwent, oczekując powtórnego przyjścia Chrystusa. Jeszcze w czasach apostolskich wydawało się, że na to powtórne przyjście nie trzeba będzie długo czekać: "Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie"- radził św. Jakub Apostoł. Dziś już wiemy, że nie wystarczy czekać. Przyjście to może przyspieszyć tylko nasza z Bogiem współpraca, co roku wspierana doświadczeniem adwentowej pustyni.
ks. Antoni Dunajski
Złota myśl tygodnia
Im bardziej jesteśmy pojednani, tym bardziej my, chrześcijanie, możemy dawać wiarygodne świadectwo o Ewangelii Jezusa Chrystusa.
Papież Leon XIV
Patron tygodnia - 16 grudnia
Św. Adelajda, cesarzowa
Adelajda urodziła się w 931 lub 932 r. jako córka Rudolfa II, króla Burgundii. Kiedy miała zaledwie 6 lat, zmarł jej ojciec, a gdy miała 16 lat, została wydana za Lotara, króla Włoch. Dała mu córkę, Emmę. Owdowiała mając 20 lat. Pretendentem do tronu Włoch był wówczas Berengariusz II. Uwięził on Adelajdę i chciał ją zmusić, by wyszła za jego syna. Chciał bowiem w ten sposób prawnie zagarnąć koronę włoską. Adelajda nie załamała się, a zamążpójścia odmówiła. Zdołała też zbiec z więzienia. Schroniła się pod opiekę Ottona I, który pokonał Berengariusza i niebawem pojął Adelajdę za żonę. Dała mu troje dzieci, wśród nich jego następcę, Ottona II. Papież Jan XII w Boże Narodzenie 962 roku dokonał w bazylice św. Piotra uroczystej koronacji Ottona I na pierwszego cesarza Niemiec.
W 973 roku Adelajda po raz drugi została wdową - po śmierci Ottona I. Jej synowa, żona Ottona II i córka cesarza bizantyńskiego, Teofana, zaczęła jej okazywać jawną niechęć. Zmusiła nawet męża, żeby własną matkę skazał na banicję. Dopiero po śmierci żony Otto II przeprosił matkę. Po jego śmierci w 983 r. Adelajda stała się regentką w zastępstwie jeszcze małoletniego cesarza, Ottona III. Ujawnił się w całej pełni jej zmysł organizacyjny, mądrość i roztropność, umiejętność dobierania ludzi na odpowiednie stanowiska. Wyróżniała się przy tym wielkim miłosierdziem i hojnością w przeznaczaniu dóbr na cele kościelne. Dlatego słusznie nazwano ją jedną z najwybitniejszych kobiet X stulecia. Uspokoiła królestwo burgundzkie (993), usprawniła administrację i finanse państwa.
Korzystając z pełnego cesarskiego skarbca, wystawiła kilkanaście opactw i klasztorów. Wśród znaczniejszych wymienia się opactwa w Peterlingen, w Pavii i w Selz pod Strasburgiem. Właśnie tu szaty cesarskie zamieniła na habit. Ostatnie lata spędziła jako mniszka, by w ten sposób przygotować się na drogę do wieczności. Zmarła 16 grudnia 999 roku. Od początku doznawała czci. Jej kult zatwierdził papież bł. Urban II, wynosząc ją do chwały ołtarzy uroczystym aktem w 1097 roku.
Opowiadanie
Oczy
Młoda matka szykowała w kuchni kolację, skoncentrowana całkowicie na tym, co robiła: zamierzała usmażyć frytki. Pracowała w skupieniu, aby przygotować danie, które bardzo smakowałoby dzieciom. Frytki lubiły najbardziej.
Najmniejsze z dzieci, czteroletnie, miało za sobą pełen przeżyć dzień w przedszkolu i opowiadało mamie wszystko, co widziało i co robiło. Matka odpowiadała mu od niechcenia, półsłówkami i pod nosem.
Chwilę potem poczuła pociągnięcie za spódnicę i usłyszała: - Mamo...
Kobieta skinęła głową i wymamrotała jakieś słowo. Poczuła następne szarpnięcia za spódnicę i znowu: - Mamo...
Odpowiedziała krótko jeszcze raz i dalej spokojnie obierała ziemniaki.
Minęło pięć minut. Dziecko przyczepiło się do maminej spódnicy i zaczęło ciągnąć z wszystkich sił. Kobieta była zmuszona pochylić się nad synem.
Chłopiec ujął jej twarz pulchnymi rączkami i powiedział: - Mamo, słuchaj mnie oczami!
Ku Kościołowi synodalnemu - Sześć kroków ku odnowie rodziny i parafii cz. 15.
4. Braterskie upomnienie
Apel Pana Jezusa o upomnienie grzesznika wybrzmiewa jako bardzo konkretne zadanie, które Kościół odczytał jako uczynek miłosierdzia względem duszy. Chodzi o to, abyśmy dla tworzenia wspólnoty i dla budowania relacji między sobą, podejmowali zadanie wychowywania się nawzajem. Niestety, dzisiaj bardzo brakuje tego dzieła miłosierdzia względem grzesznika i takiego trudu odpowiedzialności za dobry rozwój wspólnoty. Zbyt często też zwalniamy się z tego albo ulegamy pewnemu wygodnictwu, które czasem przyjmuje formę do stosowania się do dzisiejszej powszechnej mentalności. Innym razem przybiera się też postawę takiego, trochę przewrotnego, rzekomego szacunku dla człowieka. Powiem teraz z przekąsem: uważa się, że lepiej plotkować, lepiej obmawiać, lepiej oczerniać, niż powiedzieć prosto w oczy, bo wtedy można ugodzić, można uronić coś z szacunku dla drugiego człowieka.
Wiemy, że jest dokładnie inaczej. To właśnie prawda zwiastowana człowiekowi może zaowocować tym, o czym mówi Jezus: "Jeśli posłucha, pozyskasz swego brata". No tak, ale jeszcze bardzo ważna jest forma - w jaki sposób się zwrócimy. Kiedy Jezus mówi "idź i upomnij go", to czyni to z wielką troską o tego człowieka. Chodzi o to, aby człowiek, który upadł, który się pogubił poczuł, że podchodzimy do niego z troską o jego dobro, w trosce o jego zbawienie. Ważne jest, żeby to poczuł.
W tym momencie, Kochani, zwracam uwagę na niesamowite spotkanie i dialog Jezusa z Samarytanką. Jezus podjął rozmowę i w całym kontekście rozmowy, w której objawia się Jego niezwykłość, Jego zatroskanie o dobro tej kobiety, w pewnym momencie bardzo delikatnie mówi do niej, żeby przyszła do Niego ze swoim mężem. Tak podprowadza ją do prawdy, że Ona sama uznaje tę prawdę przed Jezusem, mówiąc: "Nie mam męża" (J 4, 17a). Wtedy usłyszała: "Dobrze powiedziałaś [...]. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem" (J 4, 17b-18). Samarytanka posłuchała, ponieważ Jezus delikatnie upomniał się o prawdę. I nastąpił przemiana serca. To właśnie o takie upomnienie braterskie chodzi. A Jezus podaje nam bardzo konkretne stopnie realizowania tego braterskiego upomnienia. Najpierw właśnie w cztery oczy, z delikatnością, z wyrażoną w głosie troską, którą ta osoba wyczuje i zobaczy to też w naszych oczach. Nigdy nie upominajmy na zasadzie pouczenia z góry, a broń Boże, potępienia czy wyszydzenia i żadnym wypadku z pozycji lepszego.
Jeśli nie posłucha, to weź z sobą jeszcze kogoś na świadka, dwóch albo trzech. Tak czasem się dzieje. Chcemy upomnieć na boku dorastające dziecko; robi to ojciec, ale nie słucha. Dobrze jest wtedy rozmawiać z nim razem jako rodzice. Czasem trzeba będzie zastosować to w stosunku do sąsiada. A jeśli nie posłucha, wtedy należałoby wziąć jeszcze jednego, trzeciego kolegę, których też ma w poważaniu i może razem pójść, upomnieć go w trosce o niego. Uświadomić mu, że przecież ma taką piękną rodzinę, takie wspaniałe dzieci, a teraz rozpił się i to wszystko burzy i niszczy. Może niejednokrotnie emocjonalne krzyki żony i dzieci nic nie wskórają, a to upomnienie okaże się punktem odbicia.
Kiedy jednak i wtedy "nie usłucha - mówi Jezus - donieś Kościołowi!". Tu nie chodzi o donos w takim znaczeniu, w jakim zazwyczaj funkcjonuje w przestrzeni społecznej. Tu znowu chodzi o troskę i odpowiedzialność za całą wspólnotę. Działamy jakby w imieniu wspólnoty, żeby nie narastało zgorszenie, bo zgorszenie jest właściwie gangreną dla życia całej wspólnoty wiary. Podejść do przedstawiciela tej wspólnoty, do pasterza. Tak też czyniły nasze babcie.
bp Andrzej Czaja